15:56

Gdy przyjdzie Nowy Rok....

Gdy przyjdzie Nowy Rok....
Już tylko kilka godzin dzieli nas od pożegnania Starego a przywitania Nowego Roku. Przed nami kolejne dni i miesiące. Nowe plany do zrealizowania, marzenia do spełniania, miejsca do zobaczenia...
A jaki był jeszcze obecny 2014 rok ? Był OK. Cieszyliśmy się z radosnych chwil, płakaliśmy gdy było źle. Realizowaliśmy wyznaczone cele ale też żyliśmy z dnia na dzień.
Obchodziliśmy naszą pierwszą "cukrzycową rocznice". Pożegnaliśmy dwie cudowne osoby - mojego tatę a następnego dnia dziadka :( Wtedy było bardzo ciężko ale wiemy że Ci dwaj cudowni mężczyźni są zawsze z nami i że któregoś dnia znów się spotkamy.

Spędziliśmy cudowne rodzinne wakacje wygrzewając się na gorących, parzących piaskiem plażach.
Potem bawiliśmy się na najwspanialszych urodzinach matki i córki.
Między czasie zawitała u nas Pompa :) i stała się naszą dobrą koleżanką.
Potem były jeszcze drugie urodziny Huberta i pierwsze spotkanie z "prawdziwym" Świętym Mikołajem.
W końcu ubieranie choinki i pełne radości Święta Bożego Narodzenia.
A teraz... teraz czekamy na Nowy Rok.
Mamy nadzieje że będzie trochę lepszy od poprzedniego ale jeśli pod koniec stwierdzę że był ok to też nie będzie źle.

Czy jest coś czego powinniśmy sobie życzyć - oczywiście! Dla nas najważniejsze jest ZDROWIE - bo jeśli ono będzie to wszystko inne przyjdzie samo.

Tego też życzymy Was wszystkim  i każdemu z osobna.
Zdrowia, Szczęścia, Miłości, Radości, Spełnienia Marzeń i Wszystkiego Najwspanialszego na każdy dzień.
A teraz Udanej Zabawy Sylwestrowej i SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU !!!! :)


16:17

Kiedy spadnie śnieg ?

Kiedy spadnie śnieg ?
Mikołajki tuż tuż a u nas w domu wciąż przewija się jedno pytanie - kiedy spadnie śnieg? No bo jak inaczej Mikołaj do nas dotrze. Na piechotę trochę ciężko a sanie po nieośnieżonych drogach nie pojadą. Wiadomo że renifery i sanie są też latające ale przecież niektóre dzieci mieszkające np w blokach nie mają w domu komina - w takim wypadku Mikołaj musi wejść przez drzwi a co za tym idzie jego sanie choć przez chwilę będą miały styczność z podłożem na którym śniegu brak. I co w takim wypadku uczyni Mikołaj?

Yyyyy - tak mniej więcej wyglądało pierwsze słowo wypowiedziane przez matkę po jakże wyczerpującej analizie na temat braku śniegu mojej córki.
Myślę że Mikołaj jakoś sobie poradzi - pozatym zostało jeszcze 3 dni więc jest szansa że ów śnieg jeszcze się pojawi. Możliwe również że Mikołaj ma przy sobie jakiś tam zapas śniegu lub lodu co jednoznacznie rozwiąże sprawę jego lądowania :)

Już liczyłam na to że taka odpowiedź wystarczy - jednak po ok 20 minutach dziecko stwierdziło że Mikołaj napewno nie ma przy sobie żadnej lodówki czy tam zamrażarki a bez niej śnieg długo nie wytrzyma.



Także liczymy na śnieg przynajmniej na ten jeden dzień a w zasadzie noc bo inaczej Mikołaj może nie dotrzeć.
Dziecko moje póki co jest spokojne bo u nas komin jest - na dachu tez znajdzie się trochę miejsca na ewentualnie zaparkowanie reniferowego pojazdu i spokojne przetransportowanie wymarzonych prezentów do zawieszonych przy kominku skarpet :)

Mam nadzieje że nie będzie rozczarowania jak Mikołaj zapuka do drzwi w sobotni wieczór podczas imprezy urodzinowej - taki matka wymyśliła plan żeby wszyscy mieli radochę z możliwości spotkania tegoż brodatego "osobnika" na żywo.

A czy na Boże Narodzenie będzie śnieg? Fajnie by było - choć nasz rodzinka raczej nie jest fanką zimy to jednak śnieg dodaje taki fajny świąteczny klimat w te dni :)



12:19

Z warzywami za pan brat !!

Z warzywami za pan brat !!
Pomidory, ogórki, papryka, marchewka itd. - jeśli ktoś półtora roku temu powiedziałby mi że moje dziecko będzie od nich dosłownie uzależnione kazałabym mu się mocno puknąć w głowę.


 
Jednak odkąd jest z nami cukrzyca warzywa stały się naszym sprzymierzeńcem. Są z nami zawsze. Bierzemy je ze sobą do parku, kina czy na spacery. Karina może je jeść o każdej porze dnia w nieograniczonych ilościach (z pewnymi wyjątkami typu ziemniaki, warzywa strączkowe itp. które jak wiadomo trzeba wyliczyć). Nie musi wcześniej mierzyć cukru ani podawać insuliny. Gdy ma ochotę na coś do pochrupania zamiast ciastek i chipsów jest pod ręką marchewka.
Warzywa stały się dla niej pewnego rodzaju przekąską między posiłkami. Ale jaką zdrową przekąską ? :)

Teraz gdy robię zakupy większą część mojego koszyka zajmują warzywa (owoce też - z tym że z nimi nie jest już tak łatwo gdyż wiadomo zawierają cukier i by je zjeść trzeba podać insulinę).


Czasami mam wrażenie że rośnie mi w domu mały wegetarianin lub weganin jednak raczej Karinka nie byłaby by w stanie przekonać się do takiej diety gdyż uwielbia mięsko i owoce morza - w szczególności krewetki :) - poważnie moje dziecko dało by się za nie pokroić ;)

Chyba dzięki Karinie cała nasza rodzinka bardziej przekonała się do warzyw. Na pewno wyjdzie nam to na zdrowie.

A jak czy Wasz dzieci też lubią owoce i warzywa ?

10:31

Pan Julian - nowy członek rodziny już jest !

Pan Julian - nowy członek rodziny już jest !
"Mamo bo wszystkie dzieci w przedszkolu mają jakieś zwierzątko a ja nie !"... czy słyszeliście kiedyś podobne słowa? Bo ja ostatnio bardzo często. Oczywiście może garstka dzieciaków ma swojego pupila ale według mojego dziecka to wszystkie.
Jakiś czas temu w naszym domu mieszkały rybki ale z racji że akwarium i cały osprzęt zajmowały dość dużo miejsca musiały zostać przekazane do nowych właścicieli.
Jeszcze wcześniej zawitał do nas Pan Gienio - miniaturowy chomiczek którego Karina dostała na urodziny (chyba 3-cie o ile dobrze pamiętam). Potem identycznego sprezentowała babci na Mikołaja co by mogły się ze sobą od czasu do czasu bawić. Niestety jak wiadomo żywot chomiczy nie jest zbyt długi więc Pan Gienio dożywszy sędziwego wieku opuścił nas by zamieszkać w chomiczym niebie ;)
Od tego czasu minęło już trochę. Ponieważ mamy październik który jest miesiącem pomocy zwierzętom i w przedszkolu nie ma innego tematu to od jakiegoś czasu w naszym domu słychać było wciąż to samo pytanie - czy mogę mieć jakieś zwierzątko ?
Z uwagi na mega wielkie uczulenie na sierść kocią i ogólną niechęć tatki do tych zwierząt kot został wykluczony na starcie. Jeśli chodzi o psa to tu też wkroczył tata - on ma już wybraną rasę i żeby dostać właśnie taką to trzeba się wcześniej zapisać itd. - nie jest to takie hop siup. Poza tym ogrodzenie u nas jeszcze nie skończone i szkoda by było gdyby naglę psina zaginęła. Świnka morska - fajna ale trochę za duża (zwłaszcza że klatka po Panu Gieniu została i raczej jest przystosowana do chomików bądź innych mniejszych gryzoni).
Decyzja zapadła - będzie chomik. Tylko teraz pytanie jaki - no bo jest tych ras trochę. Mniejsze, większe, białe, szare, czarne.
Wybór oddałam w ręce córci. Z góry jednak zakładałam że wolałabym takiego ciut większego stworka z uwagi na Hubcia który w przypadku mniejszego stworzenia mógłby go np. przypadkiem "uszkodzić" (oczywiście nie biorę takiej sytuacji pod uwagę ale wiadomo przezorny itd.).
Chyba moje starsze dziecko czytało mi w myślach bo od razu po wejściu do sklepu wybór padł na czarno białego chomika syryjskiego. Mimo ogromnego wyboru stwierdziła że "ta mała panda" jest najwspanialsza :P
I tak to w naszym domu zamieszkał nowy lokator - Pan Julian - w skrócie Julek.
Tatek stwierdził że chyba wybrałyśmy jakiegoś "zmutowanego chomika na sterydach" :P bo faktycznie jest dość spory - tak trochę jak szczurek bez ogona ;)
W domu okazało się że od razu zadomowił się w swojej klatce - oczywiście musiał zrobić przemeblowanie i zamiast spać w specjalnym domeczku to całe trociny oraz jedzonko przeniósł w swoich "chomiczych przechowalniach" dwa piętra wyżej.
Ogólnie póki co chomik jest u nas numerem jeden i dla Kariny nic innego może póki co nie istnieć. Hubert chwile był zachwycony ale szybko się znudził i wrocił do swoich ukochanych "didi" (autek).









Czy polecam Wam mieć takie stworzonko w domu? Opierając się na wcześniejszych przeżyciach z Panem Gieniem zdecydowanie TAK. Wtedy Karinka była jeszcze mała i cała odpowiedzialność za tego małego gościa spoczywała na mnie lub tatku. Teraz mam  nadzieje że nauczy się odpowiedzialności - obiecała że będzie Julka karmić, zmieniać mu trociny a gdy się bardziej oswoi to nawet wychodzić z nim na spacery :)  Trzymam za słowo ! :)

10:21

W związku z cukrzycą – z cukrzycą w związku

W związku z cukrzycą – z cukrzycą w związku
Mimo że Karinka nie jest jeszcze nastolatką bardzo zaciekawił mnie projekt Accu Check - "W związku z cukrzycą - z cukrzyca w związku". Będzie to cykl filmów edukacyjnych dla nastolatków i ich rodziców. Z pewnością w późniejszym okresie do tego wrócę.
Póki co zapraszam Was na pierwszy odcinek :)


 

Pierwszy odcinek serii filmów dla nastolatków z cukrzycą typu 1.

Marka Accu-Chek opublikowała właśnie na swojej stronie internetowej pierwszy odcinek z cyklu filmów edukacyjnych dla nastolatków z cukrzycą typu 1 i ich rodziców. Filmy edukacyjne Accu-Chek zostały objęte patronatem merytorycznym Sekcji Pediatrycznej Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

W pierwszym odcinku pt.: „W związku z cukrzycą, z cukrzycą w związku” psycholog, Kasia Gajewska, która ma cukrzycę od dziecka, rozmawia z Mateuszem i Martą o tym jak rozmawiać z dziewczyną/chłopakiem o cukrzycy, jak partner może pomóc, a czego nie powinien robić, żeby nie przeszkadzać, albo nie wywołać nerwowej sytuacji.

Filmy edukacyjne dla nastolatków i rodziców będą regularnie publikowane na stronie internetowej Accu-Chek: https://www.accu-chek.pl/pl/zyciezcukrzyca/141028_filmydlanastolatkow.html

 
Jak mówi Rafał Walas, Dyrektor Działu Marketingu i Sprzedaży Roche Diabetes Care Polska: „Przygotowaliśmy te filmy specjalnie z myślą o nastolatkach i ich rodzicach. Pomysł powstał po wielu rozmowach przeprowadzonych zarówno z nastolatkami z cukrzycą jak również z rodzicami i lekarzami. Takich materiałów brakowało. Nastolatkowie już nie są dziećmi i potrzebują zupełnie nowych tematów.”
 
 
 
 
 
 
 
 
 

22:39

Kulinarne zmagania vol.2 - ZAPIEKANKA Z CUKINIĄ I BAKŁAŻANEM

Kulinarne zmagania vol.2 - ZAPIEKANKA Z CUKINIĄ I BAKŁAŻANEM
I kolejny raz mamy dla Was fajny i bardzo szybki przepis na codzienny obiad.
Ponieważ Karinka jest ostatnio fanką warzyw więc bardzo często przyrządzamy różnego rodzaju surówki, sałatki a także zapiekanki.
Dziś zapiekanka mięsno-warzywna - cukinia, bakłażan, pomidory, mięsko mielone itd. - tu akurat wersja dość kaloryczna ale spokojnie można ją przyrządzić bez dodatkowej porcji żółtego sera używając samej startej mozarelli.
Zaczynamy :)

 

"Zapiekanka mięsno-warzywna z cukinią i bakłażanem"

Składniki:
-2 bakłażany
- 1 cukinia
- 1 cebula
- 2 ząbki czosnku
- pomidory w puszcze (całe) lub świeże - ok 400g
- 0,5kg mięsa mielonego (z indyka lub z szynki)
- 1 op mozarelli
- ok 5-6 plasterków żółtego sera
- oregano
- sól
- pieprz
- oliwa z oliwek



 
 Bakłażany i cukinię kroimy w plastry. Bakłażana odkładamy na osobny talerz i posypujemy solą i odstawiamy na ok 30 min.

 
W tym czasie kroimy cebulę i czosnek w kostkę, przekładamy do garnka, dodajemy ok 1łyżkę oliwy i dusimy ok 3-5 minut. Po tym czasie dodajemy pomidory (jeśli są z puszki to bez sosu pomidorowego, jeśli świeże to pokrojone w kawałki). Dodajemy przyprawy i dusimy około 15minut. (za nas robi to wszystko robot:) ale tak jak pisałam wcześniej spokojnie przygotujecie te potrawy tradycyjnie)



Bakłażany osuszamy ręcznikiem i opiekamy na oliwie na złoty kolor.



W naczyniu żaroodporny układamy na dnie bakłażany, następnie zalewamy je przygotowanym wcześniej sosem. Na wierzch układamy cukinie a na nią z kolei pokrojoną w plasterki mozarellę i plasterki żółtego sera.



Całość zapiekamy w piekarniku ok. 15-20 minut w temp. 180stopni C.
(matka nie włączyła sobie czasomierza i zapiekanka się trochę spiekła ale i tak była dobra).

Jeśli chodzi o wymienniki to jest to zdecydowanie bomba tłuszczowa i tu zdecydowanie przyda się spora dawka WBT - ile dokładnie podam jutro bo wolę jednak jeszcze raz to sprawdzić czy aby czegoś nie pomyliłam w obliczeniach :)

Tym którzy nie musza nic wyliczać życzę smacznego :*

22:02

I cofasz się w czasie

I cofasz się w czasie
Będąc dziś u lekarza przeglądałam położone w poczekalni pisma - medyczne, podróżnicze i takie typowo babskie. W jednej z gazet moją uwagę przykuła reklama super nowoczesnego telefonu - tylko że patrząc na niego jakoś nie wydawał mi się wcale nowoczesny - nie miał dotykowego ekranu, a w opisie nie było mowy o żadnych super bajerach. Wtedy zerknęłam na datę na okładce a tam 2008 r. Już pomijam fakt że powinno się co jakiś czas zmieniać czasopisma przeznaczone dla pacjentów zwłaszcza że była to prywatna przychodnia specjalistyczna gdzie raczej stawia się na wyższe standardy ;)
Pomyślałam sobie wtedy że ta gazeta ma w sumie 6 lat - tyle ile moja córeczka. Leży tu sobie na półeczce a życie biegnie obok.

Tyle rzeczy wydarzyło się przez ten czas. Pierwsza ciąża. Narodziny Karinki. Pierwszy wspólny wyjazd. Kolejne rocznice ślubu. Przeprowadzka. Pierwsze kroki Karinki. Pierwsze słowa. Zmiana pracy. Pierwszy dzień w przedszkolu. Decyzja o drugim dziecku. Starania i płacz gdy pojawiała się jedna kreska. Radość gdy nareszcie były dwie. Druga ciąża. Ekspresowy poród. Pobyt w szpitalu. Diagnoza Karinki. Załamanie i strach. Nadzieja na lepsze juro. Pierwsze kroki Huberta. Pierwsze "mama". Nauka życia z cukrzycą....
W bardzo wielkim skrócie mogę to tak przestawić ale gdyby tak bardziej zagłębić się w wydarzenia z ubiegłych  lat to na pewno powstałaby z tego bardzo gruba książka a może nawet kilka jej tomów.

Żyjemy z dnia na dzień - nie zastanawiamy się co będzie jutro czy za tydzień. Mamy plany i marzenia ale nie wiemy co przyniesie kolejny dzień. Czy nasze marzenia się spełnią - wierzymy w to mocno bo podobno wtedy jest największa szansa na ich realizację.
Mamy wspomnienia - te lepsze i te gorsze. Te zawarte na kartce papieru, fotografii czy w naszej pamięci. Pozwalają nam wracać czasami do tych chwil - raczej tych lepszych chwil gdy najchętniej zatrzymalibyśmy czas. Są z nami zawsze i zawsze już będą.
Staramy się "zbierać" nowe wspomnienia by za kilka lat wrócić myślami do dnia gdy wspólnie leżymy na plaży, jemy ulubione danie, biegamy po łące czy po prostu jesteśmy razem.

Wiadomo zdarzają się takie chwile które chcemy wymazać z pamięci albo najchętniej zmienić bieg wydarzeń. Zastanawiamy się co by było gdyby nasza decyzja była inna, gdyby dana sytuacja się nie wydarzyła.
Każda nasza decyzja może zmienić bieg wydarzeń. Przykładowo gdybym jakieś 10 lat temu nie zrezygnowała z pracy pewnie teraz mieszkałabym w innym mieście i nigdy nie poznała swojego męża a co za tym idzie nie miałabym dwójki wspaniałych dzieci. Moje życie byłoby zupełnie inne. Jedna decyzja zmieniła wszystko.

Najważniejsze jest to co jest teraz - mama, tata, córka, syn - nasza rodzina, nasze wspomnienia, nasze marzenia.....




23:35

Pora na teatr

Pora na teatr
Wybrałam się dziś z Karinką do teatru na spektakl oparty na dość znanej książce jaką jest "Mały Książę". Zapewne większość z Was kojarzy chłopczyka z małej planety na której "wulkany są dwa" i "róża niezwykła". Pamięta charakterystyczny rysunek węża Boa trawiącego słonia czy skrzynki w której mieszka baranek.
Książkę czytałam kilka razy bo jest bardzo wciągająca i taka inna od pozostałych. Pierwszy raz jednak mogłam zobaczyć na własne oczy moje wyobrażenia bohaterów - zarówno Księcia jak i spotkanych na różnych planetach mieszkańców - szalonego króla, bankiera czy naukowca.
Aktorzy świetnie wcielili się w swoje role. Teatr i stałe obcowanie z grającymi to zupełnie coś innego niż patrzenie w ekran czy czytanie zapisanych kartek.
Tutaj czuje się tą pasje, zaangażowanie i chęć przekazania widzowi tych wszystkich emocji.
W dzisiejszych czasach wypady do teatru należą raczej do rzadkości - bo wiadomo bilety trochę droższe niż te do kina, poza tym jakoś tak ciężko zdecydować jaka sztuka może nam się spodobać.
U nas w mieście bardzo popularne są tzw. spektakle rodzinne zazwyczaj grane w weekend. Bilety są wtedy o wiele tańsze niż te na takie bardziej "wyrafinowane" spektakle. 
Warto wtedy poświęcić choć te kilka dni w roku by wybrać się z dziećmi i spędzić z nimi czas w trochę inny sposób.
Bajka obejrzana w kinie pewnie za jakiś czas pojawi się na DVD czy w telewizji i będzie wertowana setki razy. Natomiast spektakl w teatrze jest unikatowy i niepowtarzalny - ten sam nawet gdy grany jest kilkanaście razy to zawsze w jakimś tam minimalnym stopniu będzie różnił się od siebie.
To właśnie sprawia że teatr jest czymś wyjątkowym.
Sama nie jestem aż taką maniaczką i nie biegam do teatru co tydzień ale tak ze 4-5 razy w roku (wiem nie jest to dużo ale według mnie jest ok) wybieram się zazwyczaj z dzieciakami lub cała rodzinką na spektakl.
Ogólnie rzecz biorąc Wam też polecam :)



A wracając do "Małego Księcia" - chciałabym choć na chwilę znów być dzieckiem .... a Wy?

22:13

Nasz świat kręci się wokół dzieci..

Nasz świat kręci się wokół dzieci..
Bardzo fajny blog o super nazwie Świat się kręci wokół dzieci zorganizował ostatnio konkurs na temat właśnie tego świata kręcącego się wokół tych naszych kochanych pociech. Forma pracy mogła być dowolna - zdjęcie, rysunek, wiersz, opowiadanie itp.
Postanowiliśmy że też weźmiemy udział i nasz świat opiszemy :)
Dziś ogłoszono wyniki i nasza praca też została wyróżniona :) bardzo dziękujemy a Wam prezentujemy nasze konkursowe dzieło:


Myślę że mój świat kręcący się wokół dzieci najlepiej wyrażą słowa 

Na wstępie powiem tylko że mam dwójkę przecudownych i najukochańszych (choć oczywiście czasem bardzo denerwujących) dzieci które teraz chcę Wam przedstawić.

Córeczka Karina przyszła na świat 1-go września 2008 roku jako nasza mała elfka (ze super szpiczastymi uszami które z biegiem czasu nabrały normalnego kształtu). Obecnie Karinka ma 6 lat i chodzi do zerówki.

Synek Hubert jest młodszy o ponad 4 latka i został nam przyniesiony przez Mikołaja z 2 dniowym opóźnieniem – Hubert urodził się 8 grudnia 2012 roku (choć miał być prezentem pod choinkę postanowił że pod choinkę to on już chcę prezenty dostać;)

A teraz po krótce o tym jak to ten świat się nam kręci.

Wiadomo małe dzieci mały kłopot itd. 
 Świat tak naprawdę zakręcił nam się w 2013 roku który był dla nas wyjątkowo pechowy – najpierw Hubert wylądował w szpitalu z zapaleniem oskrzeli a kilka miesięcy później okazało się że moja córeczka jest „cukiereczkiem” – pisząc wprost zdiagnozowano u niej cukrzycę typu 1. Od tego momentu nasze życie zmieniło się diametralnie – każdy dzień jest bardzo podobny ale nigdy nie nudny J

Rano wstaję przed 7-mą i przygotowuje śniadanko i ubrania dla dzieciaków (tata sam się wysyła do pracy o 6:40). O ile Hubert się nie obudzi to mam czas jeszcze zrobić szybki makijaż i uczesać włosy (w przeciwnym wypadku gnam do przedszkola „na goło” jak to mówi moja koleżanka).

O 8-ej budzę Karinę – Hubert zazwyczaj jest już na równych nogach i rozrzuca zabawki. Po porannych czynnościach najpóźniej o 8:20 siadamy do śniadania (jeśli się spóźnimy to mamy śniadanie samochodowe;) Karinka z racji swojej choroby zjada pierwszy posiłek w domu.

O 8:40-45 wsiadamy w nasz super wyścigowy pojazd i pędzimy (oczywiście zachowując wszelkie bezpieczeństwo jazdy) do przedszkola. Tam Karinka zostanie do 14-ej. Ale jeszcze ją w między czasie odwiedzam ale to za chwilę.

Po odstawieniu starszaka wyruszamy z Hubertem na zakupy albo na herbatkę do babci lub cioci. Zazwyczaj ok 10-10:30 jesteśmy z powrotem i teraz zabieramy się za ogólnie ogarnięcie domu i posprzątanie zabawek które jak pamiętacie Hubert rozniósł po domu z samego rana.

Mamy czas do 11:20 bo właśnie o tej godzinie wyruszamy do przedszkola po raz drugi by podać Karince insulinę przed kolejnym posiłkiem. Zajmuje to nam ok 5 minut.

Po powrocie idziemy na spacer lub do ogrodu albo bawimy się w domu (zależy od pogody). Około 13-ej Hubcio wybiera się na „aziu nyny” czyli picie mleczka w wózku (czyt. Aziu- wózek, Nyny-mleko). Przy okazji zasypia sobie smacznie a mama ma czas by przygotować obiad. Mam czas do 13:55. Wtedy wyjeżdżam po Karinkę – zazwyczaj udaje się że ktoś nas odwiedza – babcia lub dziadek i w razie gdy Hubert śpi zostają z nim na te 4-5 minut. Gdy nikogo nie ma (co przy okropnej jesiennej pogodzie i zbliżającej się zimnie będzie codziennością) niestety muszę synka obudzić co zazwyczaj kończy się płaczem i ogólna obrazą (na szczęście tylko na parę chwil).

Gdy wrócimy do domu z Karinką wszyscy wcinamy obiadek. Potem dzieciaki mają czas dla siebie i mama też ma chwilę wolnego. Około 15:30 tata wraca z pracy i zazwyczaj porywa Huberta do ogrodu bo wiadomo faceci zawsze mają jakieś swoje sprawy.


My z Karinką zostajemy w domu i albo razem coś malujemy, albo gotujemy albo pieczemy – zależy od nastroju.

Gdy wszystko jest w miarę ogarnięte mama wymyka się z domu na dosłownie godzinę na ćwiczenia co by zadbać o siebie J w tym czasie to taty świat się kręci wokół dzieci.

Mniej więcej o 19:30 – 20-ej rozpoczyna się kąpanie. I tu jest zawsze kłótnia kto idzie pierwszy J Zazwyczaj Karina wypycha brata bo wiadomo ona już duża dziewczynka to jej pobyt w łazience z dnia na dzień coraz bardziej się wydłuża.

Przy dobrych wiatrach o 21-ej dzieciaki leżą już w łózkach. Zależy od dnia i humoru – czasem zasypiają w 5 minut a czasem zajmuje im to 2 godziny J Nie ważne czy są czytane bajki czy opowiadane historie i śpiewane kołysanki jak nie chcą spać to nic ich nie przekona.

Tak właśnie wygląda prawie każdy nasz dzień (z wyjątkiem weekendów kiedy to pozwalamy sobie na małe szaleństwa typu wypad z mężem na kawkę i ciacho lub do kina) Wtedy to by świat na chwilkę nie kręcił się wokół dzieci podrzucamy ich do dziadków 

 
A takie nasze wspólne zdjęcie dołączyliśmy do powyższego tekstu :)

Jeszcze raz bardzo dziękujemy za wyróżnienie i serdecznie pozdrawiamy :)



 

14:58

Kulinarne zmagania vol.1 - SZARLOTKA

Kulinarne zmagania vol.1 - SZARLOTKA
Jak zapewne zdążyliście zauważyć bardzo lubimy przebywać w kuchni i przygotowywać różnego rodzaju pyszności :)
Dlatego właśnie postanowiliśmy że na blogu powstanie seria wpisów z przepisami pt. - "KULINARNE ZMAGANIA".
Będą tu przepisy przez nas wypróbowane - czasem zmodyfikowane, czasem wymyślane na biegu. Wszystko krok po kroku jak należy zrobić. My ostatnio większość rzeczy wykonujemy w naszym nowym nabytku jakim jest Thermomix (to takie super wypasiony robot kuchenny który kocham:). Oczywiście spokojnie wszystkie dania będzie można także przyrządzić normalnie posiadając podstawowe przybory kuchenne :)

Na pierwszy ogień idzie nasze ostatnio mega często pieczone ciasto (a to z uwagi na to iż dziadkowie Kariny a moi teściowie posiadają sad z jabłkami) - mowa oczywiście o szarlotce :)

To co zaczynamy :)

"SZARLOTKA NA KRUCHYM SPODZIE"

Składniki:

Ciasto:
-250g margaryny
-450g mąki
-1 łyżeczka proszku do pieczenia
-150g cukru
-2 jajka

Nadzienie:
-1-1,5kg jabłek
-2 łyżeczki cukru
-1 łyżeczka cynamonu

 
Z podanych składników zagniatamy ciasto. My to robimy w robocie. Następnie zawijamy w folie i chowamy do lodówki na ok 30 minut.




W tym czasie obieramy jabłka, wydrążamy pestki i ścieramy na tarce i łączymy z cukrem i cynamonem lub tak jak u nas wkładamy do robota i samo się ściera (w całe 5 sekund).


Blaszkę wykładamy papierem lub smarujemy margaryną i posypujemy bułką tartą.
Ciasto wyciągamy z lodówki i dzielimy tak mniej więcej na pół. Jedną część rozwałkowujemy i wykładamy do blaszki. Nakłuwamy widelcem i posypujemy bułką tartą (dzięki temu nawet gdy jabłka puszczą dużo soku nie spowoduje to zrobienie się zakalca).
Na ciasto wykładamy jabłka i przykrywamy drugą rozwałkowaną częścią ciasta w którym także robimy dziurki widelcem.

Ciasto wkładamy do nagrzanego do 180 stopni C piekarnika i pieczemy ok 45-50minut.

Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem a następnie zajadamy :D


SMACZNEGO !!! :)


Mam nadzieje że pomysł z przepisami będzie się Wam podobał :) - jutro coś bardziej obiadowego - pyszna zapiekanka :)





22:37

Obiecanki cacanki a w przedszkolu jak kto chce :(

Obiecanki cacanki a w przedszkolu jak kto chce :(
Nie ma co ukrywać - jestem zła. Obietnica złożona przez dyrekcje przedszkola do którego chodzi Karina oczywiście nie została dotrzymana. Na domiar tego mam wrażenie że Pani dyrektor unika mnie jak ognia.
A chodzi o bardzo prostą sprawę. Jak wiecie Karina od lipca ma już swoją pompę insulinową. Zapewne wiecie również że na pompie będąc należy do każdego posiłku podać sobie insulinę. Przy penach nie było to konieczne bo wystarczyła insulina długodziałająca przy śniadaniu a przy kolejnym posiłku nie trzeba było się kłuć.
Karinka śniadanie zjada w domu a kolejne jej jedzonko to obiad w przedszkolu - oczywiście na początku września poinformowałam Panie o tych wszystkich zmianach. Że póki co to ja będę przyjeżdżać przed obiadem i insulinę podawać ale myślę że z biegiem czasu one same oczywiście po odpowiednim przeszkoleniu będą mogły pompę obsługiwać zwłaszcza że jest to naprawdę bardzo proste (chodzi tu o samo wystukanie odpowiedniej dawki insuliny i zatwierdzenie - ja zajmuje się wyliczeniami).
Panie jak najbardziej za i chętne do działania i nauki (choć z lekką obawą). Z Pania dyrektor ustaliłam że szkolenie z obsługi pompy odbędzie się gdzieś 20-22 września  (pod koniec czerwca w przedszkolu odbyło się szkolenie prowadzone przez wykwalifikowany personel odnośnie całego tematu cukrzycy typu 1 ale z uwagi na to że Karina nie miała wtedy jeszcze pompy jej temat został omówiony w skrócie).
Jakie było moje zakoczenie kiedy poszłam dopytać się o dokładną datę szkolenia a Pani dyrektor stwierdziła że teraz za bardzo nie ma czasu bo ona jest w sumie na chorobowym i w przedszkolu jest dosłownie 5 minut dziennie. Ja wszystko rozumiem ale ona tak naprawdę nie jest mi na tym szkoleniu potrzeba - wystarczą same Panie które uczą w Kariny grupie.
Niestety również Panie jakby nagle zupełnie zmieniły zdanie że one sobie jednak z tym nie poradzą i że przecież Karina musi umieć się sama obsługiwać bo to przecież jej choroba i jej życie.
Najbardziej wkurzyło mnie gdy jedna z Pań powiedziała do Kariny (w mojej obecności) "że gorszej niespodzianki nie mogła mamie sprawić jak ta choroba" - no myślałam że normalnie kobieta dostanie w twarz jak nic. Zwłaszcza że Karina potem się mnie pytała czemu ta Pani tak powiedziała i że ona wcale nie chciała mi takiej niespodzianki zrobić:(
Pomijając już tą sprawę stwierdziłam że sama naucze Karinę obsługi pompy - w zasadzie trwało to może 2 dni a moje dziecko już bez problemu wie co to bolus posiłkowy i przedłużony. Umie pompę odłączyć, w razie czego wyłączyć alarm i podać sobie odpowiednią ilość insuliny - oczywiście po moim sprawdzeniu czy na ekranie jest na pewno np. 1,5 a nie 5,1.
No cóż 6-letnie dziecko potrafiło się nauczyć a Panie które obstawiam są już po 40-tce nie. No nic zostawię to bez komentarza.
Na logikę biorąc przecież to także jest w ich interesie aby po pierwsze zapewnić dziecku właściwą opiekę a po drugie za rok może pojawić się kolejne dziecko z cukrzycą i wtedy na pewno i dziecku i rodzicom i przede wszystkim całemu personelowi było by łatwiej gdyby choć trochę "liznęły" temat.
Niestety wątpię by cokolwiek się w tej sprawie zmieniło - mam trochę wrażenie że jest tam tak jak w polityce - najpierw obiecanki jak to wszystko będzie pięknie a jak coś przychodzi do czego to najlepiej "iść na chorobowe".
Dla mnie to nie jest problem podjechać do przedszkola zwłaszcza że zajmuje to ok 5 minut ale wkurza mnie gdy ktoś coś obiecuje ale z góry wie że słowa nie dotrzyma.
Ponieważ Karinka umie już pompę obsługiwać to sama zaproponowała by dać jej telefon i po prostu dzwonić przed przedszkolnym obiadem i powiedzieć ile ma sobie insuliny podać. I tu pojawia się kolejny problem czy Panie choć na tyle będą łaskawe by spojrzeć na pompę i sprawdzić czy na pewno podaje właściwą dawkę ? Jeszcze nigdy nie musiałam nic korygować i zawsze wstukała tyle ile ma być ale wiadomo różnie może być.
Nadal nad tym myślę.... zwłaszcza że teraz doszedł jeszcze ten bunt odnośnie posiadania pompy (choć mam wrażenie że opcja własnego telefonu komórkowego jakby uciszyła tą sprawę ;))

Co Wy zrobilibyście w takiej sytuacji? Czy jeśli Panie zgodzą się "zerknąć" na pompę i sprawdzić dawkę to ta opcja z telefonem może być realna? W sumie moje dziecko ma już 6-lat i technika XXI wieku to dla niej pikuś ale moje obawy jako rodzica zawsze będą mi towarzyszyć.


16:07

Bunt pompiary ...

Bunt pompiary ...
Niestety kiedyś musiał nastąpić ten moment ale nie myślałam że tak szybko. Krótko mówiąc Karinie się pompa znudziła i ma jej serdecznie dość. Od kilku dni słyszę tylko że chcę wrócić na peny i że woli być kłuta nawet 10 razy na dobę niż nosić pompę cały czas przy sobie.
Oczywiście nadal wymiana wkłucia to dla niej dramat (mimo że zajmuje nam to teraz już jakie 3-4 minuty).  Za kilka dni czeka nas wizyta kontrolna u Pani diabetolog. Karina jest zdecydowana że pompę oddaje.
Nie ukrywam że nie raz już wkurzyłam się na to małe ustrojstwo - bo to albo wkłucie zatkane, albo wiecznie trzeba baterie w pilocie wymieniać albo znowu jakby insulina nie działa bo dopiero podanie penem przynosi efekty. W sumie to widzę kilka niedociągnięć w tym urządzeniu - choćby np. wymiana wkłucia co 3 dni - pamiętam że jak Karina była na penach to ciągłe słyszałam żeby nie podawać insuliny w to samo miejsce no a tu przez te 3 dni jest to samo miejsce jakby nie patrzeć. Druga sprawa to utrzymanie insuliny w odpowiedniej temperaturze - wiadomo że ma być poniżej 30stopni C ale przecież pompę mamy przy ciele na dodatek Karina nosi w saszetce - jakoś nie chce mi się wierzyć że jest tam mniej niż 30 stopni. Nie mówiąc już o nocy gdy śpi się zakrytym kołdrą pod samą szyje a temperatura pod dochodzi nawet do 40 stopni. No i najważniejsze - czy nie lepiej zbudować urządzenie do którego wkłada się od razu fiolki z insuliną - to całe przelewanie to jakaś porażka - nie ma możliwości żeby choć gram powietrza się tam nie dostał a od tego do alarmu "zatkanego wkłucia" już niedaleko.
Powiem Wam że już sama nie wiem co mam myśleć.
Według mnie teraz jest łatwiej - Karina nauczyła się już obsługi pompy i sama podaje sobie bolusy - oczywiście wcześniej przeze mnie wyliczone. Ma większa swobodę na różnego rodzaju imprezach. Zawsze można bazę zwiększyć i dzięki temu całą noc wcinać pyszności.
Może jeszcze się jej odmieni - zostało 6 dni do wizyty.
A jeśli nie ... hmmm ??.. to wrócimy na peny. Choć może wtedy znów będzie chciała wrócić do pompy....


22:05

Przedszkole = choroba ?

Przedszkole = choroba ?
Czy ktoś mi może wytłumaczyć jak to się dzieje że dziecko przez całe wakacje jest zdrowe jak ryba a po tygodniowym pobycie w przedszkolu zaczyna kichać, smarkać i kaszleć?

Ja wiem że rodzice pracują i że naprawdę nie mają co z dzieckiem zrobić - ale żeby przyprowadzać malucha z gorączką, śpikiem po pas i reklamówką leków to już lekka przesada.
Jeden taki delikwent i już połowa grupy załatwiona.

Karinka od czwartku siedzi w domu bo cukry zaczęły wariować więc stwierdziłam że tym razem będę zapobiegać wcześniej nim rozwinie się jakaś infekcja. Nie wiem czy nie zareagowałam za późno bo dziś i jedno i drugie już prycha. U Karinki to może karat alergiczny (mam nadzieje) bo ma uczulenie na kurz, roztocza itp. a matka dziś cały dom sprzątała i kurze na pewno jakieś fruwały.

Niestety Hubcik też coś pokichuje - może i przewrażliwiona jestem ale wole jednak dmuchać na zimne. Od jutra ratujemy się Rutinaceą i tranem :)

A wracając do kwestii chorych dzieci w przedszkolu to czy naprawdę tak ciężko choć na jeden dzień znaleźć kogoś do opieki albo wziąć samemu L4 na dziecko? Może i wyjdzie na to że jestem samolub, że w domu siedzę to nie mam problemu w takich sytuacjach ale niech ci rodzice postawią się w sytuacji innych. Przecież takim postępowaniem największą krzywdę robią swojemu dziecku. Taki maluch który do śniadania dostaje dawkę środka przeciwgorączkowego by wyglądał na zdrowego po około 2-3 godzinach ledwo się na nogach trzyma i zazwyczaj mama czy tata i tak musza go odebrać. Niestety wirusy już sobie upatrują kolejną ofiarę i po mniej więcej tygodniu inkubacji w przedszkolu zostaje garstka dzieci.

My do przedszkola może zawitamy w poniedziałek - póki co mamy weekend i odpoczywamy od "choróbsk przedszkolnych" :)




23:12

Mieć 6 lat to poważna sprawa :)

Mieć 6 lat to poważna sprawa :)
Nadszedł nareszcie ten dzień. Wyczekiwany przez wszystkich od dawna. Dzień przyjęcia urodzinowego mojej córeczki :) (faktycznie urodziny obchodzimy 1 września ale że był to poniedziałek to z imprezowaniem postanowiliśmy poczekać do weekendu - zwłaszcza że matka w niedziele kończyła cała 30 lat).
Urodziny urządziliśmy w stylu hawajskim - były więc naszyjniki z kwiatów, ananasy pod różnymi postaciami, kolorowo ozdobione stoły, owocowe drinki z palemką itd.
Tata zamontował w ogrodzie oświetlenie z 1tys lampeczek a do tego pływające lampiony i typowo hawajskie pochodnie.
Była też Piniata (to taka bardziej hiszpańska atrakcja ale dzieciaki były zachwycone). Do tego Bingo i konkurs muzyczno-filmowy. A gadżetem który najbardziej wszystkich zachwycił były takie kolorowe patyczki które jak się przełamie to świecą.
Oczywiście musiał być też tort (a nawet dwa bo jakże by to było kiedy matka w branży cukierniczej pracuje).
Ogólnie urodziny bardzo udane - najważniejsze pogoda nam dopisała i mogliśmy szaleć do późna w ogrodzie :) Karinka mega zadowolona z wszystkich prezentów (ma wymarzonego Jinna i gre Twister a zamiast rolek ogromną trampolinę)
Cukry dzięki podniesieniu bazy utrzymały się rewelacyjnie - mimo tu słodkości cały czas były w normie. Tu ode mnie wielki plus dla pompy.








Ale wiecie co - teraz widzę że moja córeczka z takiego dzieciaczka staje się coraz bardziej poważną i taką jakby bardziej ułożoną dziewczynką. Dziś gdy Hubcio bawił się w piaskownicy ona wzięła swoje mega cudne różowe słuchawki (które dostała od cioci - normalnie matka chce takie same) i w domku na drzewie słuchała muzyki. Gdy tak na nią patrzyłam mogłam sobie wyobrazić że tak mniej więcej będzie wyglądała za jakie 5-6lat już jako nastolatka.
Patrząc wstecz przecież tak niedawno ją urodziłam. Pamiętam jej małe rączki i nóżki i elfickie uszy (poważnie moja córeczka urodziła się jako elfka z mega szpiczastymi uszkami - teraz już ma normalne). Pamiętam pierwsze kroki, słowa, problemy. To było w sumie tak niedawno a tu zamiast niemowlaka mam dorastającą pannice która już za rok pójdzie do szkoły...
Ten czas zdecydowanie za szybko ucieka.
Dlatego teraz mimo choroby cieszymy się z każdej chwili i czerpiemy z życia pełnymi garściami :D
Copyright © 2016 Mama Cukiereczki , Blogger